Art.&Business. Gazeta Aukcyjna – To była piękna utopia

Zdjęcie powyżej: Stanisław Ignacy Witkiewicz, Kuszenie św. Antoniego II, Witkacy 1921-1922, Muzeum Narodowe w Krakowie

Z Alojzym Kucą, pomysłodawcą, założycielem i właścicielem pierwszego w Polsce prywatnego  pisma o sztuce „Art.&Business. Gazeta Aukcyjna” rozmawia Wojciech Makowiecki

 Wojciech Makowiecki: Pierwszy numer Art & Business ukazał się w lipcu 1989 roku, a więc miesiąc po czerwcowych wyborach do Sejmu, które uznaje się za przełomowe dla transformacji ustrojowej w Polsce.

Alojzy Kuca:  „Art” powstawał długo, za długo nawet, ale  fakt, że jego  pierwszy numer pojawił się w ostatnich dniach Polski Ludowej jest czystym zbiegiem okoliczności. Nie jest przypadkiem zaś, że pierwsze prywatne czasopismo o sztuce i rynku sztuki urodziło się w Poznaniu.

Czekałeś na taką sytuację, jak lato 1989 , żeby zacząć wydawać własne pismo poświęcone sztuce?

To  nie była dobra sytuacja, to był wręcz najgorszy moment, żeby zakładać pismo o sztuce, a dokładnie o rynku sztuki. Taki czas  był dobry na polityczne ulotki i biuletyny, na „Gazetę Wyborczą” właśnie, ale nie na „ Art. & Business”. Ale ja już  nie mogłem dłużej czekać, byłem sfrustrowany. Jeździłem po całym kraju i w środowiskach ekonomicznych, artystycznych i podobnych,  nawet w automobilklubie w Bydgoszczy, głosiłem prelekcje pt. „sztuka jako towar” i „marketing na rynku sztuki”. Podśmiewano się trochę ze mnie, traktowano jak nieszkodliwego maniaka. Wszędzie zapowiadałem, że lada moment ukaże się takie pismo jak  „Art and Business”. Tak  minęło  dziesięć lat moich  starań o nowe pismo.

A tymczasem od początku ’89 roku przez kraj przewalały się strajki, protesty, rewolucje i rezolucje a  gabinetowe przewroty unieważniały się następnego dnia. Wszystko się rozłaziło, rozmazywało i topiło w oparach wiecznego gadania i wódki. Więc może to była ta oczekiwana sytuacja ?

Jak mówił Rokefeller, nie ma takiej katastrofy, na której  nie można zarobić.

– Tak, 6 lutego 1989 r. w Pałacu Namiestnikowskim w Warszawie rozpoczęły się obrady Okrągłego Stołu, przy którym układające się „wysokie strony” zadekretowały wolny rynek, wolność słowa i wolność prasy. Również wolne, „częściowo wolne”, wybory, które się odbyły  4 czerwca 1989.  Za demokracją  opowiedziała  się wtedy mniejszość,  jedna trzecia narodu nie poszła głosować, a  jedna trzecia głosujących poparła komunistów.

Przyszłość  nie była klarowna. Kto w tym czasie miał głowę i interes,  żeby myśleć o sztuce. Warto mieć przed oczami film z tamtego czasu, żeby dziś widzieć, jak absurdalne i utopijne było wydawanie pisma, którego pomysł powstał w innej epoce i dla innych ludzi. Adresowałem „Art” do klasy średniej, której wtedy jeszcze nie było, ale wierzyłem, ze rychło powstanie, bo taka jest logika społecznego rozwoju.

Ponieważ nie chciałem być produktem Magdalenki i beneficjentem tych zmian – postanowiłem  przyspieszyć wdrożenie pisma, choćby za cenę przekrętu z papierem i obejścia prawa.

A nie było tak, że Magdalenka ułatwiła ci wejście do drukarni ?

Nie, bo nowe prawo prasowe uchwalono w następnym roku, dokładnie  11 kwietnia 1990 i tego samego dnia Sejm jednogłośnie zniósł cenzurę. Do tego czasu obowiązywały stare, socjalistyczne zasady.  Pierwsze trzy numery „Art & Business” z podtytułem Gazeta Aukcyjna były  jeszcze cenzurowane. Sygnatury są w stopkach.  Pierwszymi czytelnikami Artu byli cenzorzy.   I strasznie wybrzydzali, że nikomu to nie jest potrzebne i marnotrawię państwowe pieniądze. Ponieważ pismo było dwujęzyczne – musiałem przysięgać, że tłumaczenie jest wierną kopią polskiego tekstu. Do przysięgi dołączałem flaszkę  Żytniej i kawę z Pewexu.

 Pamiętam z własnych doświadczeń, że wtedy były ogromne problemy z drukarniami, które nie miały tzw.  wolnej mocy przerobowej, jak to się ładnie określało. Jak ty sobie z tym poradziłeś

– Rzeczywiście drukarnie państwowe, niewładne molochy, były  zawalone produkcją i trudno było się do nich wcisnąć i to z jakimś pismem o sztuce, które w dodatku nie miało zezwolenia. Ja wydawałem i redagowałem wówczas  „Gazetę Targową”, którą  drukowałem w drukarni „Życia Warszawy” przy Marszałkowskiej w Warszawie. „Gazetę” należało  oddawać do druku najpóźniej w lutym, żeby była gotowa na Międzynarodowe Targi Poznańskie w czerwcu!

Ale rzeczywistość PRL-u była pełna absurdów i wtedy taki się wydarzył. Na jednych  z ostatnich w PRL Międzynarodowych Targach Poznańskich  enerdowcy złożyli  w swoim pawilonie potężną,  najnowocześniejszą maszynę drukarską w Europie, na której mieli drukować w milionowych nakładach  „Neues Deutschland”, organ wschodnioniemieckich komunistów. Ale, ironia losu,  zmieniała  się sytuacja polityczna i chcieli się  jej pozbyć. Nikt, nawet Ruskie, nie chcieli kupić, a nie opłacało się jej  zabierać z Poznania. Prezydent Andrzej Wituski wykorzystał sytuację,  zaproponował jakąś symboliczną kwotę. Enerdowcy  się zgodzili i maszyna została w Poznaniu.

Ulokowano ją w byłym domu kultury przy  ul. Ziębickiej.  „Głos Wielkopolski” zaczął drukować tam swoją gazetę, opuszczając piękną, starą  drukarnię z 1910 roku przy Rondzie Kaponiera. Udało mi się ulokować na Ziębickiej  najpierw „Gazetę Targową”, później „Art”, Wschodnioniemiecki  kolos był kosztowny, bo na rozruch i wyhamowanie  potrzebował ogromne ilości papieru. „Art” od początku aż do 2001 roku, kiedy go sprzedałem, miał nakład dziesięć tysięcy egzemplarzy.  Początkowo drukowany był na słabym, szarym, radzieckim  papierze, bo tylko taki miałem z rozdzielnika. Okładka była na kredzie, też kiepskiej.  

W 1990 roku podszedł do mnie na Targach dziennikarz z niemieckiego czasopisma „Kunst” i gratulował   mi ekologicznego myślenia, sądząc że z rozmysłem nie drukuję na papierze kredowym. Czarno białe pismo o sztuce to był dla Zachodu szok.  Nie tłumaczyłem mu, że to z biedy.

Ale kilka lat później był to już kolorowy magazyn, na kredowym papierze, porównywalny edytorsko ze światowymi pismami o sztuce

 – Przymusił nas do tego  rynek sztuki, zwłaszcza zachodnie domy aukcyjne, z którymi współpracowaliśmy, tamtejsze galerie, organizatorzy targów sztuki,  marszandzi, kolekcjonerzy i czytelnicy. W 1991 roku rozpoczęliśmy druk w czterech kolorach, zwiększyliśmy liczbę edycji  do dziesięciu rocznie, pierwszy raz wydaliśmy Rocznik Aukcyjny jako nr 3/1991. W październiku tego roku „Art. & Business” miał nowy podtytuł: Międzynarodowy Magazyn Rynku Sztuki

Wróćmy jeszcze do okoliczności narodzin Art & Business. Dlaczego według ciebie był to niefortunny moment?

–  W czasie wojny milczą muzy, jak mówili starożytni, a  ówczesny lipiec  był rodzajem  stanu wojennego. Rozpadał się realny socjalizm, tak zwane resorty siłowe prężyły muskuły, bo przygotowywały kolejny stan wojenny, w przemyśle wyłączano maszyny z powodu  przerw w dostawach prądu, w PGR-ach nie było czym karmić  ludzi i trzody. Zbliżało się widmo koszmarnego bezrobocia. Sklepy stały puste, w wolnej sprzedaży był tylko ocet i  dzieła sztuki.  Inflacja przekraczała 800  procent w skali rocznej , dolar był jedyną  walutą, za którą można było coś kupić i  kosztował 11 tysięcy złotych przy średniej pensji 200 tysięcy miesięcznie , co stanowiło równowartość 20 butelek wódki Żytniej w Pewexie.  Zadłużenie państwa przekraczało 45 miliardów dolarów.

Demokracja i wolny rynek nie  były dobrami powszechnie oczekiwanymi, co potwierdziły czerwcowe wybory. Poza tym wolny rynek kojarzył się tylko z czarnym rynkiem. Katastrofa. Wystarczy?  

Nie wiedziałem, jaki kształt przybierze nasze społeczeństwo, jaki kanon wartości obierze, w jakim kierunku, zwłaszcza w kulturze, pójdą  zmiany. Upadały wszystkie pisma kulturalne, dotowane dotąd przez państwo. To nie była tylko transformacja ustrojowa i gospodarcza . Dokonywała się jednocześnie  ogromnej wagi transformacja klasowa i mentalna.

A jednak zdecydowałeś się

Tak, ponieważ, jak mawiał Wiktor Hugo, nie ma nic silniejszego niż  idea, do której dojrzał czas. A poza tym  – na Mysiej 5 w Warszawie, gdzie od 1946 roku  zasiedział się główny urząd kontroli prasy, kolejny raz odrzucono mój wniosek o wydawanie Artu.  Brakowało zaświadczenia, skąd  mam papier. A papier to była sprawa polityczna. Ponadto podtytuł brzmiał Gazeta Aukcyjna, co nie wszyscy rozumieli i musiałem dodatkowo pisemnie uzasadnić i wyjaśnić znaczenie tego słowa. A tak na marginesie: pierwsza po wojnie  aukcja sztuki odbyła się właśnie w 1989 roku, zaś  na Giełdzie Papierów Wartościowych  dopiero w kwietniu 1991. Słowo  „aukcja”  nie istniało w codziennym języku.

Tak jak „art” i „business” . Nie mogłeś znaleźć bardziej oczywistego tytułu

 Mogłem, ale ja miałem motywację i uzasadnienie tylko do tego tytułu, do tej idei i do takiej  misji , którą ten właśnie tytuł definiował. Inwestowanie „w obrazy”, poza powszechnym lokowaniem kasy w srebrach, było wówczas popularnym sposobem ucieczki przed inflacją. Zwłaszcza  w Poznaniu. Problem polegał na tym, że kto nie miał znajomości – ten nic  nie kupił, bo nie miał gdzie. Więc w tym czasie najbardziej żałowałem, że nie mam własnej galerii sztuki…

Własnej?

– Tak, 15 marca 1976 roku z Florianem Zielińskim, jako jednostki  gospodarki nieuspołecznionej (choć uważaliśmy się za bardzo uspołecznionych) złożyliśmy wniosek do ministra Kultury i Sztuki, którym był osławiony  Józef Tejchma,  o „wydanie zezwolenia na sprzedaż dzieł sztuki współczesnej przez jednostki gospodarki nie uspołecznionej”. Taką możliwość dawało Rozporządzenie Ministra Kultury i Sztuki z 12 lipca 1975 r., co zapisano nawet w Dzienniku Ustaw Nr 27, pozycja 142.  Nasz wniosek pozytywnie zaopiniował dyrektor Wydziału Kultury i Sztuki Urzędu Miejskiego w Poznaniu mgr Andrzej Goćwiński i tak trafił do ministra. Ten zażądał od nas dodatkowo, żeby  uzupełnić  nasze  cv.

Florek Zieliński napisał o sobie, że kończy doktorat z socjologii sztuki, jest uznanym w Polsce zbieraczem plakatów, zajmuje się aktywnie działalnością  kulturalną i społeczną, jest prelegentem BWA, członkiem Rady ds. Kultury na Winogradach i pracuje naukowo w Instytucie Socjologii UAM w Poznaniu. Ja pochwaliłem się, że jestem publicystą, pracuję w wydawnictwie Epoka w Warszawie, specjalizuję się w zagadnieniach współczesnej kultury i  literatury polskiej oraz w problematyce ekonomicznej, jestem autorem publikacji o rynku, handlu i marketingu, przygotowuję właśnie  książkowe wydanie pracy  pod tytułem  „Marketing na rynku dzieł sztuki”. Napisaliśmy jeszcze: „Uważamy, że przeszło  półmilionowy Poznań jest wciąż jeszcze niewystarczająco  wyposażony w placówki propagujące i ułatwiające  sprzedaż prac artystów plastyków i umożliwiające bezpośredni kontakt  twórcy z klientem”. Piękny język, jak z partyjnego referatu…

Minister Tejchma  zezwolenie  na nieuspołeczniony  punkt sprzedaży dziel sztuki współczesnej w Poznaniu wydał i  listem expressowym wysłał  do Poznania 7 grudnia 1976 roku.   Ale dyrektor od poznańskiej kultury –  mgr Goćwiński odpowiedniego pomieszczenia nie przyznał  i tak się skończyła ta historia. Pierwszą prywatą galerię dzieł sztuki otwarł kilka miesięcy później  na Nowym Świecie w Warszawie Piotr Nowicki. Nie miałem galerii więc zacząłem kombinować z pismem.

Wróćmy do Art. & Business. Pamiętam, że „Sztuka” w 1979 roku zamieściła twój tekst dotyczący marketingu w sztuce. To był chyba pierwszy artykuł w Polsce poruszający ten temat.

– Tak, pierwszy. Ale ciekawsza od samego artykułu  jest historia z jego publikacją w „Sztuce”, bo tu znów ujawnia się poznański wątek. Otóż, jak się po latach dowiedziałem, inspiratorem był dr Krzysztof Kostyrko, założyciel „Sztuki” i jej redaktor naczelny do 1988 roku, wcześniej założyciel  poznańskiego miesięcznika społeczno -kulturalnego „Nurt” i , co najważniejsze, współtwórca Instytutu Kulturoznawstwa na UAM, którego był też dyrektorem. Mocno zaangażowany w promocję sztuki, zwłaszcza  poznańskich twórców. Kiedy po wielu  perturbacjach artykuł opublikowano – dr Kostyrko pracował już w KC PZPR.

W artykule zapowiedziałeś że założysz pismo o sztuce. To była pierwsza zajawka  „Artu”.

– No, nie tak dosłownie zapowiedziałem. To był tekst kanoniczny wręcz, był sumą mojej wiedzy i przekonań jak powinna wyglądać  komunikacja między artystą  i publicznością, jakie jest miejsce artysty i jego dzieła w systemie ekonomicznym, jakiego rodzaju dobrem jest samo dzieło sztuki i jakim majątkiem dla państwa jest kultura. Ranga  kultury i sztuki zależy przecież  od tego, jakie państwo za nim stoi.

Jak przyjęto ten artykuł? Zdumiewający był fakt, że go w ogóle wydrukowano. Przecież redakcja w słowie wstępnym odcięła się całkowicie od tez autora.

Myślę, że z cenzurą załatwił to Kostyrko. Tekstu mi nie gratulowano, byłem krytykowany, przede wszystkim  przez środowiska plastyków, które protestowały, że sztuka nie jest towarem. Może to było powodem, że drugiej  część artykułu już nie opublikowano. O tym,  jaki w ogóle był klimat wokół tego artykułu  świadczą dwie publiczne  wypowiedzi. Daniel Passent w 43. numerze „Polityki” w 1979 pisał wyraźnie nawiązując do mojego tekstu: „…moce przerobowe artystów plastyków są jedynymi, których w Polsce mamy w nadmiarze”. Przy okazji warto wspomnieć, że w kraju ledwie 13 tysięcy artystów plastyków deklarowało wtedy,  że utrzymuje się wyłącznie z twórczości plastycznej. To był klucz do zrozumienia sytuacji: prawie wszyscy artyści byli gdzieś tam na etatach. I spokojna głowa.

Wówczas wsparł mnie również w programie telewizyjnym   jazzman Wojciech Karolak, który powiedział :  „coraz poważniej zacząłem się zastanawiać nad pytaniem, czy istnieje sposób na uruchomienie rynku sztuki współczesnej, bo przecież sprzedaż obrazów w Desie czy tzw. wyrobów artystycznych w sklepikach nazwanych szumnie galeriami, nim nie jest”

A merytorycznie rozprawił się z tobą Władysław Loranc nazywając cię „komiwojażerem sztuki

– To przezwisko, które przez kilkanaście lat kursowało na rynku sztuki to był majstersztyk intelektualny i językowy Loranca – wiceministra kultury, groźnego ideologa, doktora marksizmu-leninizmu na UJ, specjalisty od coniedzielnych „Prostych pytań „ w telewizji. W odpowiedzi na moje marketingowe publikacje ogłosił w „Trybunie Ludu” apel zatytułowany „Zniszczyć marszandów”. Loranc pisał tam: „By sztuka była możliwa, trzeba zatem  zniszczyć marszandów i ich stosunek do sztuki. Rację bytu maja tylko wystawy i galerie umożliwiające bezpośredni kontakt widza z  dziełem i jego twórcą”. Dobre, co? Mocne!

Nie zniechęciło cię to ?

­-  Przeciwnie, rozbawiło mnie i zaintrygowało.Oglądając Loranca  w telewizorzepodejrzewałem, że za tą bolszewicką retoryką  kryje się wrażliwy umysł. Rychło los nas ze sobą  spotkał, polubiliśmy się, żeby nie powiedzieć – zaprzyjaźniliśmy. Bardzo pomógł „Art. & Business”, najbardziej ze wszystkich tak zwanych  ministrów kultury III Rzeczpospolitej.

???

– Bo byli tacy, strzeż Boże, ministrowie kultury, że strach wspominać. Na przykład Kazimierz Dejmek czy  Zdzisław Podkański – ten od „umówcie mnie z tym Czapskim”. Z racji, że zarządzałem prywatnym Instytutem Promocji Kultury w Warszawie – zaproszono mnie do grona doradców przewodniczącego Sejmowej Komisji  Kultury, którym przez dwie sejmowe kadencje był  Juliusz Braun. Ta współpraca trwała wiele lat. Podczas jednej z sesji plenarnych, na których obecny był minister Dejmek, gbur wielkiej klasy, Julek w przerwie złapał mnie za ramię,  postawił przed obliczem ministra i w te słowa: „słuchaj Kazimierz, Alek już bokami robi, nie ma za co wydawać „Art. & Business”, a to jest nasza najlepsza wizytówka kultury na świecie. Szkoda tego. No, i co on ma zrobić?” A Dejmek, minister kultury, patrząc mi proso w oczy odpowiedział „ niech  sobie w dupę wsadzi”.

A taki Podkański oszukał „Art & Business” na sto tysięcy złotych. Osobiście mnie prosił, żebym zrobił taki extra numer „Polish Culture” o polskiej sztuce, ale koniecznie po angielsku. I pilnie. Zleciliśmy napisanie tekstów, kupiliśmy prawa autorskie na  ilustracje, zapłaciliśmy honoraria i za tłumaczenie. Wszystko zaniosłem do MKiS, które do dziś za to nie zapłaciło. Podobno to było w czynie społecznym.

A co dobrego zrobił Loranc?

Kiedy pracowałem nad doktoratem, mój promotor prof. Zygmunt  Foltyński zaproponował mi, żebym utworzył na uczelni zespól do badania rynku sztuki i wystąpił do ministerstwa kultury o dotacje. Napisałem przemądrzały wniosek, zawiozłem do stolicy,  a pan minister, o dziwo,  rychło zaprosił nas z prof. Foltyńskim, Florkiem Zielińskim i doktorantami na Krakowskie Przedmieście. Spóźniliśmy się strasznie, bo to była zima 1979 roku, ale u ministra czekali na  nas pani Maria, dyrektorka Desy ze Sławkiem Bołdokiem, później najważniejszym redaktorem w „Arcie” i dyrektorem Janem Soytą z Pracowni Sztuk Plastycznych. Wymieniam po kolei, bo to były naówczas najważniejsze postacie polskiego rynku sztuki. Po naradzie  Loranc przyznał nam  ad hoc 400 tysięcy złotych, które na konto Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Poznaniu wpłynęły. Żegnając się zalecił mi, żebym w pierwszej kolejności rozpoznał rynek sztuki w Paryżu, Londynie i Berlinie i koniecznie przesyłał do MKiS obszerne raporty z wnioskami.

I byłeś w Paryżu, Londynie, Berlinie? Jakie wnioski stamtąd przywiozłeś

– W pierwszą podróż naukową wybrałem się do czeskiej Pragi, to była jesień 1979 roku, obszerny raport do ministra Loranca zawiozłem osobiście. Wnioski złożyłem dwa: w sprawie powołania targów sztuki w Poznaniu i organizacji międzynarodowej konferencji na temat rynku dzieł sztuki. Tak rodził się INTERART, czyli Targi Sztuki Krajów Socjalistycznych, a 23 listopada  1985 roku, właśnie przy okazji  INTERARTU,  w Centrum Targowym MTP odbyła się pierwsza konferencja naukowa pt. „Rynek sztuki współczesnej w Polsce”.

Skrupulatnie układany scenariusz badań rynku sztuki unieważniła historia. Najpierw wybuchł sierpień 1980, potem był  13 grudnia 81, po którym Władysław Loranc przeszedł do Komitetu Centralnego PZPR jako szef Wydziału Ideologicznego. 

A propos Wydziału Ideologicznego : ostatnim sekretarzem Centralnego Komitetu PZPR do spraw ideologicznych był niejaki Marek Król z Poznania, późniejszy właściciel tygodnika „Wprost” , dzisiejszy ekspert telewizyjny Prawa i Sprawiedliwości. Ledwie minął miesiąc od wydania pierwszego numeru  – otrzymałem pismo z Komitetu Centralnego z nominacjami na redaktora naczelnego „Art & Business”, jego zastępcę ,  sekretarza redakcji i jeszcze jakieś dwie osoby. Mnie w tym zespole nie było. Popisał:  Marek Król, sekretarz Komitetu Centralnego PZPR.

Konferencje bardzo dobrze pamiętam, bo w niej uczestniczyłem

– Podobnie jak współuczestniczyłeś  w budowaniu pierwszego numeru „Art. & Business”. Byłeś przecież jednym z pierwszych  autorów tego pisma. Że przypomnę: Sławek Bołdok: „Ile za sztukę”;

Wojciech Makowiecki: ”Grafika czechosłowacka: sukces promocji”; Florian Zieliński :”Rynek plakatu” i „Plakat polski”; Marian Golka: „Nabywcy o rynku sztuki”; Janusz Miliszkiewicz: ’Vademecum nowojorskiego kolekcjonera”.

Natomiast z konferencji dobrze pamiętam, że była zarzewiem konfliktu politycznego i ideologicznego. Na kilka dni przed rozpoczęciem kilku prelegentów wycofało się ze swoimi referatami. W tam samym czasie otrzymałem pięknie wydrukowane  zaproszenie na konferencję „Rynek sztuki w Polsce”, która miała się odbyć w tym samym dniu, o tej samej godzinie i w tym samym miejscu co nasza. Okazało się, że stoi za tym Komitet Wojewódzki PZPR w Poznaniu reprezentowany przez pracowników naukowo -dydaktycznych  Wydziału Nauk Społecznych UAM. Alternatywnemu zespołowi przewodził dr Jarzy Iwaszkiewicz, instruktor partyjny w KW PZPR. Mieli partyjne pieniądze i wydawali biuletyn „Rynek sztuki” . Dobry nawet , naukowy, z partyjnym zacięciem. Poprawny politycznie.

Partyjna grupa badaczy rynku sztuki odbyła swoją konferencję rok później. Pamiętasz, byliśmy na tej konferencji, na której w kuluarach mówiono, że tę pierwszą, pionierską w Europie zorganizowali dysydencji.

Po  wysłuchaniu wszystkich referatów w 1986  jako pierwszy głos zabrał Florek Zieliński, który zaczął  tak: „ Wszystkie wysłuchane myśli, refleksje i wnioski są mi znane, są mi nawet bardzo bliskie, bo są moje własne”.

I z tego powodu, że miałeś w Poznaniu intelektualną opozycję wyprowadziłeś Instytut Promocji Kultury z Poznania?

–  Miedzy innymi z tego powodu. To były takie czasy, że co nie miało warszawskiego adresu, to było prowincjonalne  i nie się  liczyło się w kraju. W Poznaniu „Art” miał wielu przyjaciół, ale też prześladowców, na przykład urząd skarbowy, który upierał się, że pismo nie jest „non profit”. W Warszawie tę klauzulę przyznano natychmiast.

W Poznaniu miałeś za to dobre relacje z targami

Niestety, nie udało mi się jednak  namówić Międzynarodowych Targów Poznańskich na organizację targów sztuki, choć był ku temu najlepszy czas w historii. Kiedy upadł mur berliński okazało się, że w muzeach na Zachodzie brakuje  sztuki  z krajów dawnego bloku socjalistycznego. Zimnowojenna  żelazna kurtyna była szczelna i niewiele dało się przemycić na Zachód. Teraz starano się te braki nadrobić, ale  w Polsce nie było gdzie kupić, nie było targów sztuki. Za to udało mi się namówić MTP na Targowe Prezentacje Sztuki. To były znakomite wystawy, ze sprzedażą,  organizowane podczas największych imprez targowych w pawilonie 23,  w aranżacji Andrzeja Okińczyca, z licznym udziałem zagranicznych wystawców i gości targowych. Artyści sprzedawali tak dużo, że Targowe Prezentacje często pustoszały przed zamknięciem targów.

 Poznań był jedynym miastem, w którym „Art & Business” miał przez wiele lat pod opieką kilku młodych malarzy , którym organizowaliśmy pierwsze wystawy, wydawaliśmy katalogi, wypłacaliśmy stypendia, sponsorowaliśmy inicjatywy i wydarzenia artystyczne. W 1995 roku  wyróżniono mnie  z tego tytułu Nagrodą  Artystów za sponsorowanie i promocję młodej sztuki polskiej.

Powróćmy do kwestii, którą poruszaliśmy: marketingu i rynku sztuki.

– Notowania aukcyjne to był jeden z celów powstania „Artu”. Pismo miało służyć wykreowaniu rynku sztuki, stąd promowanie prywatnych galerii i powstających domów aukcyjnych. Temu też miał służyć „Rocznik Aukcyjny”, jedyny w roku numer, do którego nie dopłacaliśmy, bo  sprzedawał się w całości. „Art”  nigdy nie zarabiał na siebie, do każdego numeru dokładałem 20 – 30 tysięcy złotych.

Kiedy „Art.” postawał były trzy domy aukcyjne i ok.150 galerii dzieł sztuki. Czy udało nam się wykreować rynek sztuki w Polsce?. Rynku nie da się zadekretować, rynek się buduje. W Polsce trwało to ponad 20 lat. Duża w tym zasługa „Art. & Business”. Do europejskiego poziomu dobiliśmy dopiero  w ubiegłym roku, kiedy obrót na polskim rynku sztuki przekroczył 200 milionów złotych. W 2017 roku odbyły się 284 aukcje, które przyniosły łączny obrót ponad  214 mln zł. To blisko 50 mln więcej niż rok wcześniej, choć  przeciętny Polak wydaje na aukcjach dzieł sztuki dziesięć razy mniej niż statystyczny Niemiec i sto razy mniej niż Anglik.

Znamienne jest, że w pierwszych latach „Artu” na aukcjach nie było żadnego nazwiska żyjącego polskiego malarza. Dzisiaj znakomicie sprzedaje się pokolenie po 1989 roku, które głośno oprotestowywało kapitalistyczną rzeczywistość Polski po transformacji, wybrzydzając jednocześnie  na „Art. & Business”. Mam na myśli Sasnala, Bujnowskiego, Maciejowskiego…

Pismo było kolportowane za granicą. Jak tam był przyjmowane było  przez branżę.

– „Art. & Business” od początku był dwujęzyczny, bo jego celem była promocja polskiej sztuki.   Największą popularnością pismo cieszył się w Rosji. Mam do dziś zdjęcie, na którym milicjantka w walonkach kupuje w kiosku w Centralnym  Domu Chudożnika nasze pismo. Dla mnie aspekt komercyjny nie był ważny, ważniejsze było ideowe przesłanie, moja utopijna misja. Na rynku kultury i w branży  „Art.” był rozpoznawalny. W zamieszczonym przez „Forbes’a” rankingu najlepszych pism o sztuce na świecie „Art…” znalazł się w pierwszej dziesiątce. Kiedy pojawiliśmy się pierwszy raz na Art Cologne umieścili nas na końcu sektora prasowego,  ale za trzecim pobytem byliśmy już widoczni przy wejściu głównym, gdzie znajdowały się stoiska światowych tytułów.

Jak dzisiaj patrzysz na czasy „Artu”

 W sensie finansowym przyczynił się do upadku wydawnictwa, które było dorobkiem mojego życia. W aspekcie życiowym  pozwolił mi spełniać się życiowo i zawodowo. Leszek Balcerowicz przy okazji świętowania dziesięciolecia „Artu”, pośród entuzjastycznych gratulacji i życzeń upominał mnie mówiąc: „Orkiestra żyła z oklasków i umarła z głodu”.

W moim życiu zawodowym i prywatnym był to okres wytężonej, twórczej pracy, niezwykle ciekawej i dającej satysfakcję. Nic to, że padła moja „Gazeta Targowa”, dzięki której udawało mi się przez dwanaście lat wydawać „Art…”. Nic to, że mojej pracy nie dostrzegało Ministerstwo Kultury a środowiska artystyczne i kolekcjonerskie nie zawsze darzyły mnie sympatią. Najważniejsze, że rynek sztuki stał się faktem. Ale nie wszyscy tak myślą.

Jakiś czas temu przypadkowo trafiłem w internecie na tekst Rafała Jakubowicza z października 2014 roku,  który pozwolę  sobie przytoczyć:  

W 1995 r. w poznańskiej Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych (obecnie Uniwersytecie Artystycznym) zajęcia pod wdzięczną nazwą „Artysta – dzieło – rynek” prowadził Alojzy Kuca, właściciel, wydawca i redaktor naczelny powstałego w 1989 r. czasopisma o równie wdzięcznej nazwie „Art & Business”. Próbował nam, studentom, wpoić wiarę w rynek sztuki, który choć jeszcze nie istnieje, to lada moment – jak przekonywał – powstanie. Dzięki temu wszystko wreszcie zacznie normalnie działać, a przed nami – młodymi adeptami sztuki – otworzą się nowe perspektywy.
Jednak kilka lat później Alojzy Kuca, dotąd niestrudzenie promujący modne wówczas, charakterystyczne dla okresu transformacji myślenie o sztuce w kategoriach marketingowych, sam chyba musiał stracić wiarę w rynek sztuki, ponieważ przestał wykładać w PWSSP i przestał być również wydawcą „Art & Business”. ńChyba jednak dobrze zrobił, skoro 19 lat później Iwo Zmyślony pisze: „Rynek młodej sztuki w Polsce jest wciąż rachityczny, a porównywanie go z rynkiem zachodnim pod względem jakichkolwiek parametrów ekonomicznych wypada po prostu śmiesznie”.

Zachęcamy do przeczytania publikacji „Szczelbaczechowa 2. Tak zmieniali kulturę w Poznaniu.”

Szczelbaczechowa 2

Pierwodruk: „Szczelbaczechowa 2. Tak zmieniali kulturę w Poznaniu.” Wydawnictwa Atena, Poznań 2019

Dodaj komentarz